Link 19.11.2006, 22:30
4 + ∞Pamiętniczek mój z wolna acz nieubłaganie sunie k’upadkowi. Do przyczyn takiego stanu rzeczy zaliczyć można:
1) nazwę – co za dużo, to niezdrowo. Tęskna moja dusza rwie się do czasów, kiedy to produkcja laya nie była rzeczą aż tak googlochłonną. I kiedy każdy lay inszym mógł być, ba, dla niejednego znajdywało się nawet przesłanie. Drobne, bo drobne, ale jakże ważkie przecież.
2) terror Formy – o, to dopiero skubaniec jest. Przezeń już dwa blogaski mi wyginęły. Zakładając poprzedniego, podobnież jak i matrioszkom esemesa wysyłając, mocno sobie postanawiałam, że sterroryzować się nie dam. Niestety, jest to nieuniknione. Ona w końcu wyciągnie do ciebie macki, opadnie ci na czaszkę niczym lalkogłowy mechaniczny pająk z Toy Story, wyczai cię w twej warowni. Zmiłuja nie ma.
3) i w ogóle, czasu nie ma, dialogi niedobre, nie chce się, a powiew nowości i świeżości byłby zbawiennym.
W tej sytuacji rrrromantycznej rozważam różne loginy. „katjah” brzmi dobrze. Jest bardzo elastyczny. Ćwiczył wszak ongiś akrobatykę. Jak się zbiorę się w sobie, to wyślę i Katjahowi esemesa, a co.
Rzekłam. (Forma).
EDITA: No to przeniosłam Tam imprezę.
Link 02.11.2006, 11:34
2 + ∞Rozchodzi się o to, że każdy chyba wyglądając dzisiajem przez okno po raz pierwszy, minę miał w klimatach okołoWTF-owych. Ja na przykład miałam. Klimaty mroźne, szokujące, oczogwałtne metodą na biel. Zostałam obudzona telefonem przyjaciółki, który to telefon funkcję informacyjną spełnił, i funkcja owa wtłoczyła mi się do rozespanego mózgowia krzycząc, iż przyjaciółka nie pogra ze mną w kręgle, jako że przytrafiła jej się chamska kontuzja kostki na treningu. Tedy nie musiałabym wstawać, ale właśnie wstałam, bo ileż można się wylegiwać w sumie. No i rzut oka przezszybowy, przeszklenie narządu wzroku, rozharatanie go odłamkami etc. A potem ta myśl: sen to jeszcze czyliż jawa? Jawa. Dyktaturę żółtych liści zdeptało tak zwane białe g*wno.
Czyli nie robię dzisiaj nic – wtryniła mi się do mniej rozespanego mózgowia konstatacja. Konstatacja tego typu nawiedziła również mego Muttera, co to choruje od paru dni, i poprosił mnie, iżbym zapolowała na chleb i gazety.
Ha! Powiedzieć łatwo, wszyscy potrafimy wszak sporo mówić, a czyny inszą są już sprawą. Problem, jaki się ujawnił, następującej był natury. Otóż wyjeżdżając z Krakowa dnia 27 października anno 2006, nie miałam w uszach pogłosu synoptycznych dzwonów bijących na alarm, na trwogę. Ergo: cienka i krótka kurtka – owszem, owszem. Obuw sportowy wystepującen pod zbiorczą nazwą adidasów: takoż. Lecz gdzie większe radykały? W lenistwie swym nie pobrałam ich. A raczej, wolałam dzierżyć w torbie narzędzie do bardaszkowania (czyli podręcznik pt.: „historia USTROJU i PRAWA polskiego” – dokładnie z tak umiejscowionymi capslockami – niejakiego Bardacha i innych jeszcze autorów, z których to on wszakże największe robi wrażenie) i parę innych. Zimowa kurtka i wysokie a nieprzemakalne buty – po co?
Ale Matula Dobra Rada postanowiła pożyczyć mi swego płaszcza, który jest wcale ładny. Brązowy, wilhelmpieckowany trochę, połyskujący ździebełko przy szwach. Do tego przyniosła mi ze strychu Śniegowce Vatera. Zaiste, zasługują one na primoliteralnego capslocka bardziej niżeli każda z osobna litera USTROJU i PRAWA.
Części składowe Śniegowców Vatera to wewnętrzne ocieplenie, które należy nałożyć najsampierw na uskarpeconą stosownie stopę. Stopa owa, po obłożeniu pierwszą warstwą Śniegowców Vatera, przybiera formę stopy opuchniętej i okręconej starą, zmechaconą szmatą. Na te dwie naturalia negotii naciągnąć trzeba – stosując cztery ręce najlepiej, bo dwie to za mało, świat to za mało – essentialia negotii, czyli powłokę water-stop. Powłokę tęże stanowi lekko tylko usztywniony papuć z materii niebieskiej z zielonymi wstawkami. Na koniec można dopełnić accidentalia negotii, czyli na całą konstrukcję naciągnąć (znów to słowo, alem nie znalazła lepszego, bo czyż istnieją lepsze rzeczy? haha) nogawice. Oczywista, można było je wepchnąć do środka, acz musowo było o tym wcześniej pomyśleć, bo teraz to po ptokach. Po ptokach było także ze zmianą spodni. Zbyt późno zorientowałam się, że moje pasiaste dżinsy w wersji z papuciami rozmiar 43 widoczne spod płaszcza są w stanie stworzyć atmosferkę przywodzącą na myśl uciekiniera z zakładu zamkniętego. No ale drugie spodnie konkretnie ubrudziłam parę dni temu przechodząc przez autostradę. Dodajmy do tego jeszcze polarowy zestaw czapka & szalik & rękawiczki z zupełnie innej bajki. Even more fun.
Pierwszym zadaniem dla tak okutanego bałwana było przyniesienie z ogrodu plastikowego leżaka. Muter napomknął coś o tym, że z rańca odgarnął z USTROJSTWA nieco śniegu, ale to było dawno i nieprawda. Otrzepanie owego sprzętu i wtaszczenie go do domu tak, ażeby uczynić jak najmniej szkód umytej wczoraj podłodze, nie było zadaniem łatwym. A później jeszcze ta wyprawa do bąkomatu, kiosku i piekarenki „Kłos”. Przy tym pierwszym nikt nie oceniał mej niecodziennej aparycji, wszak bąkomat to taka nieczuła maszyna. Przypomniałam też sobie, jak fajnie się wysupłuje stuff z portfela, gdy ręce są urękawicznione. I jak fajnie marzną, gdy pozbawi się je tej ochrony celem usprawnienia procesu wydobywania plastikowej karty z grupki zawierającej również legitymację, dowód, kartę NFZ i parę innych, które mi się wzięły uzbierały. W kiosku takowoż nie oceniono mnie, gdyż nóg nie było widać (jak to powiedziała ostatnio moja siostra przy kolektywnym oglądaniu „Magdy M.” – ten, kto leży w środku na łóżku, nie może mieć nóg. Że niby ma je schować, coby nie zasłaniały innym telepudlanym oglądaczom, ale ja tam wiem swoje: to była sugestia, iżbym ucięła sobie nogi. Ech), choć zachowanie moje dość roztrzepanym było – najpierw kupiłam „Wyborczą”, odeszłam kawałek poruszając się w zawrotnym tempie w tych cokolwiek za dużych papuciach, przypomniało mi się o „Przekroju”, wróciłam, odeszłam kawałek, przypomniało mi się o gumie do żucia, wróciłam i wreszcie dotoczyłam się do piekarni, gdzie zmierzono mię spojrzeniem zdziwienia pełnym, ale ostatecznie powinni byli już się tam przyzwyczaić do moich niezwykłych czasem pomysłów. Typu przyjście w piżamie albo w stroju meksykańskiego ducha. Nabyłam mały wiejski i cztery kajzerki (hard cases!) i uderzyłam dopełnić algorytmu Hobbit, Czyli Tam i z Powrotem, a śnieg wtryniał mi się za szalik i do lepramówki z pieczywem, zaś otwarta z racji obecności gazet torebka straszyła, iż wypuści ze się komórkę i portfel. Radość moja po przybyciu do siedliszcza niezmierzoną była. Zima – cóż, wiadomo było, że nadejdzie niestety. Lecz czemu bez ostrzeżenia? Nikt jej widać nie zmylił pogłaskaniem z włosem. Ni „Kłosem”. Rzekłam.
Link 30.10.2006, 22:02
1 + ∞– O autobusach. Dawno nie pisałaś o autobusach – podpowiedział Pierwiastek Kreatywności i wysłał wszelakie Pierwiastki Lenistwa, Szukania Wymówek i Olewactwa na Jałtę co najmniej.
Zatem będzie o autobusach. Bo było to tak, że chciałam wrócić do siedliszcza z zacnego bardzo spotkania, na którym grało się w niewidzialne burżujskie szachy (wygrałam), uczyło się jednej ze sztuk walecznych na inszej szachowej planszy (przegrałam), interpretowało się betonowe zwierzęta, którym ktoś – za zgodą Komisji Etycznej – powyżerał fizysy oraz rewersy, dostawało się hipotermii, spożywało się nowe ulepszone o 70% Pieguski i niestety nie poprawiło się butelką przyprawy do zupy, jakoż i nie pamiętało się na początku o pobraniu plecaka zdeponowanego u Leniwych, Szukających Wymówek i Olewackich pań, ale za to przechodziło się przez autostradę i próbowało się kupić bilety autobusowe na stacji benzynowej (wszak alkohol też tam sprzedają). Stanowczo rzec należy: fajnie było.
A już w autobusie pomyślałam sobie: cóż mi tam, przejadę te kilka przystanków wczuwając się w rolę gapiszona, a potem przypnę się do linii konkurencyjnego przedsiębiorstwa komunikacyjnego, co to jego bilet akurat posiadałam, w przeciwieństwie do tego, co go nie uświadczyłam na stacji benzynowej wywołanej juże do tablicy. Kilka przystanków, może trzy tak dokładnie. Parę minut winno to trwać, a snuło się i gniło dobre pół godziny, bowiem ktoś umyślił sobie zakorkować to i owo w mym Pierwszym Mieście (A W Zasadzie To Drugim, Ale Na Pewno Nie Trzecim). Biedny mały Katjaszek, stęsknion za miłym towarzystwem już, pozbawion knigi zatytułowanej „Białe zęby” (ciekawam, co z zubami tymiż będzie, gdy kartki raczą pożółknąć, zesnuć się i zgnić przygryzione zubem czasu), pozbawion jesiennego Dead Can Dance i wszystkiego pozbawion niemalże; postanowił poprzysłuchiwać się rozmowom towarzyszy korecznej niedoli.
– Ech, bo Dorota jest najbardziej lubiana! – narzekał za plecami Katjaszymi dziewczęcy głosik.
– Właśnie! Najbardziej lubiana, a co niby jest w niej takiego szczególnego? – narzeknął drugi, równie dziewczęcy, choć bardziej może piskliwy.
– Wszyscy chłopacy ją lubią albo im się podoba – pierwszy głosik takoż w piśnięcie uderzył dla podkreślenia dramaturgii. Chłopacy, litości. Postanowiłam luknąć na owe przyjaciółeczki i pewna byłam, że to dziatwa jakaś będzie podstawówkowa, bo ja w podstawówce tego typu dysputy toczyłam. Przeto obejrzałam się przez bynajmniej nie niewidzialne ramię udając, że interesuje mnie długość dżemu trafiki. Nim przyuważyłam jego continuum aż do Spodka, zarejestrowałam aparycję rozmówczyń. Dziesięć lat to one miały jeszcze w poprzednim tysiącleciu.
– Mi ciocia powiedziała, że ja jestem wyjątkowa i szczególna.
– Tak?
– Bo mam kręcone włosy.
– A Dorota ma proste!
– Właśnie. Ale chyba blond jest pospolity.
– No co ty! Każda chce być blond!
– Nie, wyjątkowy kolor to jest rudy. Chciałabym mieć rude, kręcone włosy, wtedy byłyby spełnione wszystkie moje marzenia i może Kuba by do mnie wrócił.
– Ech, no tak, nie jesteście już razem dziesięć dni.
– To dłużej niż byliśmy razem!
– Och.
– To jest straszne. Codziennie płaczę. W co się ubierzesz na studniówkę? Wiesz już?
Czasem myślę, że już przyzwyczaiłam się do tego świata, ale jednak sporo mi brakuje. I nawet rudość mi trochę z loków ze słońcem zlazła, Kuba do mnie nie wróci. Ale po co mi Kuba?
Rzekłam.